|
Blog > Komentarze do wpisu
Człowiek z BliznąKiedyś tam zeznałam, że zamierzam poznęcać się nad bohaterami Zmierzchu. Blog na długi czas obrósł kurzem, następnie zmienił lokalizację, następnie kilka osób natrętnie zażądało ciągu dalszego, a następnie temat samoczynnie się odświeżył z powodu zapowiadanego wejścia do kin kolejnej części ekranizacji. No dobrze, oto Bella, czyli Człowiek z BliznąHeroina tego arcydzieła pono jest nad wyraz dojrzała, co wyróżnia ją spośród rówieśników. Objawia się to tym, że czyta trochę lekkiej klasyki i umie gotować. Uprawia także tumiwisizm i wdupiemanie, choć przyznać należy, że sprawiedliwie obdarza nimi wszystkich, z rodzicami na czele. Wszystkich, oprócz brokatowej rodzinki, ma się rozumieć. I to by było na tyle względem rzekomej dojrzałości. Poza tym jej aktywność ogranicza się do gapienia się, wąchania i robienia sobie krzywdy siłami własnymi lub cudzymi. W kolejnych tomach zaliczono odpowiednio: Zmierzch - podrapanie, potłuczenie, złamanie nogi, żebra, liczne skaleczenia, rozbicie łba z pęknięciem czerepu, pogryzienie, krwotok III stopnia. Księżyc w nowiu - rozcięcie ręki od nadgarstka po łokieć, zapadnięcie w stupor, depresja, psychoza, rozbicie łba wymagające szycia, potłuczenie, podtopienie. Zaćmienie - złamana kość w dłoni, rozcięta ręka, próba zamarznięcia, próba samookaleczenia. Przed świtem - brutalny seks z uszkodzeniem ciała, ekspresowa ciąża, wygłodzenie, złamane żebra, podejrzenie złamania miednicy, złamany kręgosłup, dziura w brzuchu, kilka dziur pomniejszych, pogryziony cycek. Pomniejszych ekscesów w rodzaju wywrotek, potknięć, siniaków, niewielkich zadrapań - nie liczymy. Ślady uszkodzeń ciała powinny właściwie przypominać już plan moskiewskiego metra, ale oczywiście tego nie czynią, z wyjątkiem bodajże dwóch sztuk. Reszta znikła jak sen jaki złoty, nie szpecąc nadobnego odwłoka, wodzącego sznur adoratorów ludzkich, wampirzych oraz wilkołaczych. Oprócz tego Bella jest seryjną samobójczynią. Kolejno usiłuje umrzeć: a) za mamusię b) ot tak se, c) za Eduarda, d) za dziecinę.
Wyjaśnijmy przy tym, że w każdym tomie ktoś próbuje zrobić jej kuku ze skutkiem śmiertelnym. W ostatniej części nawet i trzy razy, Boh trojcu lubit. Tom I – niedobrzy panowie chcą jej zabrać wianek, Zły Wampir chce ją spożyć, uprzednio robiąc z niej mielonkę. Tom II – kolejno Dobry Wampir Któremu Tymczasowo Odbiło oraz inny Zły Wampir chcą ją spożyć. Kilkoro chętnych na kuku, ale nie dopuszczono ich do żłobu. Tom III – Zła Wampirzyca chce ją spożyć, uprzednio robiąc z niej mielonkę. Tom IV – wilkołaki chcą ją przerobić na mielonkę, dziecię pragnie wygryźć jej dziurę w brzuchu, którą to dziurę ostatecznie i tak wygryza ukochany, po czym na scenę wkraczają Złe Wampiry, również żądne mielonki. Poza tym Bella robi za obiekt do obwąchiwania oraz noszenia. W każdym tomie ktoś ją gdzieś targa, podnosi, przenosi, odstawia i odkłada. Przez większość każdego z tomów jest beznadziejnie bierna, po czym wreszcie zbiera się w sobie i robi coś dramatycznego, co popędza wreszcie oczadziałą w oparach przegadania akcję. Czasem trzeba bidulę potem poskładać do kupy. Bellę znaczy – akcji nic nie pomoże. Za rozumowaniem tego jakże szczególnego dziewczęcia nie trafiam ani na trzeźwo, ani po pijaku. Puszczenie w trąbę przez chłopaka skutkuje u niej stuporem, depresją i psychozą, ale już przysłuchiwanie się śmierci czterdziestu osób poza krótkim napadem histerii nie powoduje żadnych psychicznych szkód. Wampiry w czwartym tomie są ogólnie rzecz biorąc cool, a to, że w trakcie gościny padło gdzieś przynajmniej kilkanaście trupów robi na Belli mniej więcej takie wrażenie, jak tragiczna perspektywa korzystania z jednej łazienki z ojcem, to znaczy jest to niekomfortowe i stara się o tym nie myśleć. Z drugiej jednakże strony, panna w ramach higieny psychicznej potrafi wymazywać niepotrzebne i bolesne wspomnienia. Dlatego nie pamięta najlepszego przyjaciela swojego tatusia. Myślałam, że może ów przyjaciel był jakimś zakamuflowanym degeneratem i w ogóle był bardzo be, ale nie. On jeździł z jej rodzicem na ryby. W ogóle rozmaite rzeczy w niepojęty sposób jawią się jako wielka krzywda - delikatna psychika Belli nie potrafi znieść tak hardkorowych wakacji, jak cztery tygodnie pobytu w miasteczku na granicy Parku Narodowego Olympic, gdzie byłaby narażona na straszliwe widoki, przy których pewnie doznałaby szkód psychicznych i fizycznych, na przykład zmoczyłoby niebodze dupkę. Oto oblicza traumy.
Koszmar. Podziwianie wybranka zastępuje pannie wszystkie relacje, jakie nawiązują normalni ludzie. Tumiwisizm i wdupiemanie pozwalają jej łgać na potęgę, ignorować rodziców, olewać wszelkie przejawy dobrej woli z różnych stron, grać na cudzych uczuciach, a także robić z siebie idiotkę, co wychodzi jej najlepiej. Miłość jest ślepa, więc panna łyka jak pelikan komunikaty, że jest głupsza, mało spotrzegawcza i ogólnie łajzowata, a także, że on, Edward, mógłby przez nieuwagę na przykład rozłupać jej łeb. Co więcej, dziewczę bez oporu godzi się na zachowania wykluczające ukochanego z grona osób zdrowych psychicznie, o czym w następnym odcinku. Nawiasem mówiąc, ona faktycznie jest trochę tępa, co się objawia nawet w drobiazgach – w poszukiwaniu księgarni zamierza przejechać jakieś dwieście pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Nie wpadła na jakże odkrywczą myśl, że istnieją sklepy internetowe, o Ebayu nie wspominając. Poza tym, jako się rzekło, trochę się na uwielbianego pogapi i poobwąchuje, trochę się z nim pomigdali, a trochę daje się wlec za fraki albo nosić na barana i tak ciągnie się ten romans przez trzy tomy z pasją ślimaka winniczka, obrastając po drodze w idiotyzmy w rodzaju przelotu do Włoch, choć na zdrowy rozum wystarczyłoby tam zadzwonić i na to samo by wyszło. Tyle, że szybciej, taniej i mniej dramatycznie. Wyznam, że bardzo rozśmieszył mnie enigmatyczny opis stosunku seksualnego odbytego po zwampirzeniu na podłodze. Wampiry według pani Meyer są kamiennie twarde i zimne, zatem karesy ludzko-wampirze to coś w podobie poszturchiwania się z posągiem. Szał kopulacji dwóch wampirów daje więc moim zdaniem przeraźliwy łomot, wzbogacony o zgrzyty frykcyjne granitowych narządów rozrywkowych. Natomiast opis procesu wampirzenia wywołuje falę rozważań na tematy kosmate dosłownie i w przenośni, mianowicie, czy wówczas uwłosienie na ciele również staje się niezniszczalne, co wymagałoby depilacji zębami, czy też może w przewidywaniu obecnej mody zanika samoczynnie. Względnie, jak wygląda rzecz w przypadku zwampirzenia dziewicy, czyli czy lepiej jest pancerny hymen traktować metodą tarana, czy może jednak przegryzać. Młot pneumatyczny, który natrętnie nasuwa się w pierwszej kolejności jednak odpada, jako że wampira może tylko uszkodzić zębami albo inny wampir, albo wilkołak. Have a nice sex. O strzelanych beztrosko bykach i straszliwym tłumaczeniu warto wtrącić słów kilka. Ałtorka i Tłumoczka wspólnymi siłami uczyniły z jednego z piękniejszych miejsc na Ziemi coś zabawnego, uprawiając nową botanikę i zoologię. Zaserwowano w książce widok drzew tak obrośniętych jemiołami, że nie sposób zidentyfikować gatunku. Nie wiem, jak kto inny, ale ja oczyma duszy mojej ujrzałam stado nadętych, zielonych bałwanów. Okazało się, że wkradł się niewielki błąd, nie pasożyty, tylko epifity, oraz nie jemioły, tylko mech, po angielsku zwany cat-tail moss, czyli takie coś:
Drobiazg. Reszta się zgadza, to znaczy jest to zielone i rośnie na drzewach. Wśród zwierząt natomiast widzimy opisaną w poprzednim odcinku trzy razy za dużą pumę, a także grizzly oraz łosia, które na tym terenie nie występują. Nagle a niespodziewanie zastąpiły one baribala i wapiti. Każda z dam wykonała we własnym zakresie numer porażający, dla jednej niedźwiedź to pierwszy z brzegu misiek, najlepiej duży i wredny, dla drugiej angielski „elk” to łoś, chociaż tak się łosia określa tylko w Eurazji, a po drugiej stronie Atlantyku słowo to oznacza zgoła coś innego. I nie, nie wymądrzam się, tylko zadziwiona przerośniętą ryczącą pumą i pasożytniczym bałwanem sprawdziłam to i owo, przy czym dotarcie do właściwych informacji zajęło mi mniej więcej dwie minuty, albowiem słownik nie wyżarł mi oczu, a strona Olympic National Park uprzejmie podaje, co na ichnim terenie bytuje. Być może w roku 2005 strony jeszcze nie było, być może zajrzenie do kilku książek okazało się zadaniem ponad siły. Jednakże na pewno istnieje jeszcze jedna droga, którą można uchronić się przed zrobieniem z siebie idioty. Nazywa się telefon. Zainteresowanym poprzednim odcinkiem leniwcom wyjaśniam ponadto, że chociaż puma po angielsku ma kilka nazw i jednym z nich jest mountain lion, czyli lew górski, to gabarytów właściwych lwu nie posiada. Duży, czarny kot spotykany w Ameryce Południowej bywa niekiedy nazywany błędnie czarną panterą, ale on o tym nie wie i spokojnie pozostaje jaguarem, ino melanistycznym. Po łacinie jego nazwa co prawda zaczyna się od słowa „panthera”, ale łacińskie „panthera” i angielskie „panther” to w systematyce ni cholery nie jest to samo. Zatem wyrażenie „zapolować może na jaguara, a może na panterę” oznacza właściwie „zapolować może na jaguara, a może na jaguara”. Tłumoczka uznała chyba, że książka i tak jest za mundra, zatem stosuje metodę "tu coś opuścić, tam coś dołożyć, ówdzie przestawić" i na domiar złego konsekwentnie wszystko ogłupia. Wali także błędy, których powstydziłby się uczeń podstawówki, np. myli liczby 18 i 80, każe Belli gruchać miast chrypieć, a na fali inwencji własnej w usta bohaterki wkłada bzdety o cudach wyczynianych z rzęsami, choć jako żywo po angielsku we właściwym zdaniu po rzęsach i cudach nie ma śladu ni popiołu. Podnieconemu Edwardowi nakazuje przemawiać niskim, męskim głosem - zaiste, gdyby robił to wysokim i żeńskim należałoby to jakoś uzasadnić, mimo, że chyba lepiej pasowałoby to do jego wybrokaconej aparycji. W oryginale jednak i tak robi co innego. Lista błędów i przeinaczeń to zresztą materiał na książeczkę, a nie na skromną notkę. To Tłumoczce zawdzięczamy większość idiotyzmów na poziomie językowym oraz niechlujny miejscami styl, żywcem zapożyczony z opowieści dziwnej treści, tworzonych namiętnie przez blogerki w bólach przepychające się przez gimnazjum. Uważniejszy czytelnik zdziwił się zapewne, gdzie się podział zapowiadany sarkazm Belci i jakich to niedzisiejszych wyrażeń używał Edzio - i słusznie się dziwił, albowiem tłumoczka uprawia językową urawniłowkę i rozjechała je walcem. Można się zastanawiać, czy wzmiankę o Tchórzliwym Lwie, pochodzącą z Czarnoksiężnika z krainy Oz, tłumoczka wywaliła w trosce o wrażliwą korę mózgową czytelniczek, czy też sama jej nie zrozumiała - jednak po osobie, która nie odróżnia liczebników mogę się spodziewać tylko tego drugiego. Oryginalny tekst jest jednak znacznie lżej strawny, może nie tyle mądrzejszy, ile mniej głupi. Ogólnie rzecz biorąc pani Urban mogłaby podać rękę panu Łozińskiemu i jego wyskakującym na gwizd krzatom tudzież maszomom wraz z Gorzawiną, Sępną Puszczą i hasającym Nazgulem. W obliczu wad pytanie, czy dzieło to ma w ogóle jakieś zalety, wydaje się zbędne. A otóż ma. Po pierwsze, jest solidną dawką niezamierzonej rozrywki, przy lekturze ubawiłam się po pachy. Po drugie, zrobiło szaloną karierę, za czytanie wzięły się nawet panny oczu swych nie kalające słowem pisanym, a ja wychodzę z założenia, że lepiej czytać książki złe niż żadne. Po trzecie, główna bohaterka lubi czytać, więc może któraś z wielbicielek w obłędzie naśladownictwa nie ograniczy się do przemalowania się na blado i obsypania brokatem, ale także weźmie do ręki ulubione lektury Belli i chociaż spróbuje przejrzeć Brontë, Austen i Szekspira. Pełne politowania pukanie w czółko można sobie odpuścić - nadzieja, nie dość, że matką głupich, to jeszcze umiera ostatnia. poniedziałek, 27 czerwca 2011, a.tupecik
|
|
Ile razy czytam Twoje opinie o Zmierzchu, kończę z mieszanymi uczuciami. Najpierw myślę "teraz dokładnie wiem dlaczego nigdy tego nie przeczytam ani nie obejrzę". Ale później absurd dochodzi do tego pułapu, że chcę to zobaczyć a własne oczy.
A młot pneumatyczny się nie sprawdza. Brooks udowodnił.