Kategorie: Wszystkie | Tupecik archiwalny
RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011

  Kiedyś tam zeznałam, że zamierzam poznęcać się nad bohaterami Zmierzchu. Blog na długi czas obrósł kurzem, następnie zmienił lokalizację, następnie kilka osób natrętnie zażądało ciągu dalszego, a następnie temat samoczynnie się odświeżył z powodu zapowiadanego wejścia do kin kolejnej części ekranizacji. No dobrze, oto

Bella, czyli Człowiek z Blizną

  Heroina tego arcydzieła pono jest nad wyraz dojrzała, co wyróżnia ją spośród rówieśników. Objawia się to tym, że czyta trochę lekkiej klasyki i umie gotować. Uprawia także tumiwisizm i wdupiemanie, choć przyznać należy, że sprawiedliwie obdarza nimi wszystkich, z rodzicami na czele. Wszystkich, oprócz brokatowej rodzinki, ma się rozumieć. I to by było na tyle względem rzekomej dojrzałości. Poza tym jej aktywność ogranicza się do gapienia się, wąchania i robienia sobie krzywdy siłami własnymi lub cudzymi. W kolejnych tomach zaliczono odpowiednio:

Zmierzch - podrapanie, potłuczenie, złamanie nogi, żebra, liczne skaleczenia, rozbicie łba z pęknięciem czerepu,  pogryzienie, krwotok III stopnia.

Księżyc w nowiu - rozcięcie ręki od nadgarstka po łokieć, zapadnięcie w stupor, depresja, psychoza, rozbicie łba wymagające szycia, potłuczenie, podtopienie.

Zaćmienie - złamana kość w dłoni, rozcięta ręka, próba zamarznięcia, próba samookaleczenia.

Przed świtem - brutalny seks z uszkodzeniem ciała, ekspresowa ciąża, wygłodzenie, złamane żebra, podejrzenie złamania miednicy, złamany kręgosłup, dziura w brzuchu, kilka dziur pomniejszych, pogryziony cycek.

  Pomniejszych ekscesów w rodzaju wywrotek, potknięć, siniaków, niewielkich zadrapań - nie liczymy.  Ślady uszkodzeń ciała powinny właściwie przypominać już plan moskiewskiego metra, ale oczywiście tego nie czynią, z wyjątkiem bodajże dwóch sztuk. Reszta znikła jak sen jaki złoty, nie szpecąc nadobnego odwłoka, wodzącego sznur adoratorów ludzkich, wampirzych oraz wilkołaczych.

  Oprócz tego Bella jest seryjną samobójczynią. Kolejno usiłuje umrzeć:

a)      za mamusię

b)       ot tak se,

c)       za Eduarda,

d)       za dziecinę.

 

  Wyjaśnijmy przy tym, że w każdym tomie ktoś próbuje zrobić jej kuku ze skutkiem śmiertelnym. W ostatniej części nawet i trzy razy, Boh trojcu lubit. 

Tom  I – niedobrzy panowie chcą jej zabrać wianek, Zły Wampir chce ją spożyć, uprzednio robiąc z niej mielonkę.

Tom II – kolejno Dobry Wampir Któremu Tymczasowo Odbiło oraz inny Zły Wampir chcą ją spożyć. Kilkoro chętnych na kuku, ale nie dopuszczono ich do żłobu.

Tom III – Zła Wampirzyca chce ją spożyć, uprzednio robiąc z niej mielonkę.

Tom IV – wilkołaki chcą ją przerobić na mielonkę, dziecię pragnie wygryźć jej dziurę w brzuchu, którą to dziurę ostatecznie i tak wygryza ukochany, po czym na scenę wkraczają Złe Wampiry, również żądne mielonki.

  Poza tym Bella robi za obiekt do obwąchiwania oraz noszenia. W każdym tomie ktoś ją gdzieś targa, podnosi, przenosi, odstawia i odkłada.  Przez większość każdego z tomów jest beznadziejnie bierna, po czym wreszcie zbiera się w sobie i robi coś dramatycznego, co popędza wreszcie oczadziałą w oparach przegadania akcję. Czasem trzeba bidulę potem poskładać do kupy. Bellę znaczy – akcji nic nie pomoże.

  Za rozumowaniem tego jakże szczególnego dziewczęcia nie trafiam ani na trzeźwo, ani po pijaku. Puszczenie  w trąbę przez chłopaka skutkuje u niej stuporem, depresją i psychozą, ale już przysłuchiwanie się śmierci czterdziestu osób poza krótkim napadem histerii nie powoduje żadnych psychicznych szkód. Wampiry w czwartym tomie są ogólnie rzecz biorąc cool, a to, że w trakcie gościny padło gdzieś przynajmniej kilkanaście trupów robi na Belli mniej więcej takie wrażenie, jak tragiczna perspektywa korzystania z jednej łazienki z ojcem, to znaczy jest to niekomfortowe i stara się o tym nie myśleć. Z drugiej jednakże strony, panna w ramach higieny psychicznej potrafi wymazywać niepotrzebne i bolesne wspomnienia. Dlatego nie pamięta najlepszego przyjaciela swojego tatusia. Myślałam, że może ów przyjaciel  był jakimś zakamuflowanym degeneratem i w ogóle był bardzo be, ale nie. On jeździł z jej rodzicem na ryby.

  W ogóle rozmaite rzeczy w niepojęty sposób jawią się jako wielka krzywda - delikatna psychika Belli nie potrafi znieść tak hardkorowych wakacji, jak cztery tygodnie pobytu w miasteczku na granicy Parku Narodowego Olympic, gdzie byłaby narażona na straszliwe widoki, przy których pewnie doznałaby szkód psychicznych i fizycznych, na przykład zmoczyłoby niebodze dupkę. Oto oblicza traumy.

 

  Koszmar.

  Podziwianie wybranka zastępuje pannie wszystkie relacje, jakie nawiązują normalni ludzie. Tumiwisizm i wdupiemanie pozwalają jej łgać na potęgę, ignorować rodziców, olewać wszelkie przejawy dobrej woli z różnych stron, grać na cudzych uczuciach, a także robić z siebie idiotkę, co wychodzi jej najlepiej. Miłość jest ślepa, więc panna łyka jak pelikan komunikaty, że jest głupsza, mało spotrzegawcza i ogólnie łajzowata, a także, że on, Edward, mógłby przez nieuwagę na przykład rozłupać jej łeb. Co więcej, dziewczę bez oporu godzi się na zachowania wykluczające ukochanego z grona osób zdrowych psychicznie, o czym w następnym odcinku. Nawiasem mówiąc, ona faktycznie jest trochę tępa, co się objawia nawet w drobiazgach – w poszukiwaniu księgarni zamierza przejechać  jakieś dwieście pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę.  Nie wpadła na jakże odkrywczą myśl, że istnieją sklepy internetowe, o Ebayu nie wspominając. Poza tym, jako się rzekło, trochę się na uwielbianego pogapi i poobwąchuje, trochę się z nim pomigdali, a trochę daje się wlec  za fraki albo nosić na barana i tak ciągnie się ten romans przez trzy tomy z pasją ślimaka winniczka, obrastając  po drodze w idiotyzmy w rodzaju przelotu do Włoch, choć na zdrowy rozum wystarczyłoby tam zadzwonić i na to samo by wyszło. Tyle, że szybciej, taniej i mniej dramatycznie.

  Wyznam, że bardzo rozśmieszył mnie enigmatyczny opis stosunku seksualnego odbytego po zwampirzeniu na podłodze. Wampiry według pani Meyer są kamiennie twarde i zimne, zatem karesy ludzko-wampirze to coś w podobie poszturchiwania się z posągiem. Szał kopulacji dwóch wampirów daje więc moim zdaniem przeraźliwy łomot, wzbogacony o zgrzyty frykcyjne granitowych narządów rozrywkowych. Natomiast opis procesu wampirzenia  wywołuje falę rozważań na tematy kosmate dosłownie i w przenośni, mianowicie, czy wówczas uwłosienie na ciele również staje się niezniszczalne, co wymagałoby depilacji zębami, czy też może w przewidywaniu obecnej mody zanika samoczynnie. Względnie, jak wygląda rzecz w przypadku zwampirzenia dziewicy, czyli czy lepiej jest pancerny hymen traktować metodą tarana, czy może jednak przegryzać. Młot pneumatyczny, który natrętnie nasuwa się w pierwszej kolejności jednak odpada, jako że wampira może tylko uszkodzić zębami  albo inny wampir, albo wilkołak. Have a nice sex.

 O strzelanych beztrosko bykach i straszliwym tłumaczeniu warto wtrącić słów kilka. Ałtorka i Tłumoczka wspólnymi siłami uczyniły z jednego z piękniejszych miejsc na Ziemi coś zabawnego, uprawiając nową botanikę i zoologię. Zaserwowano w książce widok drzew tak obrośniętych jemiołami, że nie sposób zidentyfikować gatunku. Nie wiem, jak kto inny, ale ja oczyma duszy mojej ujrzałam stado nadętych, zielonych bałwanów. Okazało się, że wkradł się niewielki błąd, nie pasożyty, tylko epifity, oraz nie jemioły, tylko mech, po angielsku zwany cat-tail moss, czyli takie coś:

  Drobiazg. Reszta się zgadza, to znaczy jest to zielone i rośnie na drzewach. Wśród zwierząt natomiast widzimy opisaną w poprzednim odcinku trzy razy za dużą pumę, a także grizzly oraz łosia, które na tym terenie nie występują.  Nagle a niespodziewanie zastąpiły one baribala i wapiti. Każda z dam wykonała we własnym zakresie numer  porażający, dla jednej niedźwiedź to pierwszy z brzegu misiek, najlepiej duży i wredny, dla drugiej angielski „elk” to łoś, chociaż tak się łosia określa tylko w Eurazji, a po drugiej stronie Atlantyku słowo to oznacza zgoła coś innego.  I nie, nie wymądrzam się, tylko zadziwiona przerośniętą ryczącą pumą i pasożytniczym bałwanem sprawdziłam to i owo, przy czym dotarcie do właściwych informacji zajęło mi mniej więcej dwie minuty, albowiem słownik nie wyżarł mi oczu, a strona Olympic National Park uprzejmie podaje, co na ichnim terenie bytuje.

  Być może w roku 2005 strony jeszcze nie było, być może zajrzenie do kilku książek okazało się zadaniem ponad siły. Jednakże na pewno istnieje jeszcze jedna droga, którą można uchronić się przed zrobieniem z siebie idioty. Nazywa się telefon.

  Zainteresowanym poprzednim odcinkiem leniwcom wyjaśniam ponadto, że chociaż puma po angielsku ma kilka nazw i jednym z nich jest mountain lion, czyli lew górski, to gabarytów właściwych lwu nie posiada. Duży, czarny kot spotykany w Ameryce Południowej bywa niekiedy nazywany błędnie czarną panterą, ale on o tym nie wie i spokojnie pozostaje jaguarem, ino melanistycznym.  Po łacinie jego nazwa co prawda zaczyna się od słowa „panthera”, ale łacińskie „panthera” i angielskie „panther” to w systematyce ni cholery nie jest to samo.  Zatem wyrażenie „zapolować może na jaguara, a może na panterę” oznacza właściwie „zapolować może na jaguara, a może na jaguara”.

  Tłumoczka uznała chyba, że książka i tak jest za mundra, zatem stosuje metodę "tu coś opuścić, tam coś dołożyć, ówdzie przestawić" i na domiar złego konsekwentnie wszystko ogłupia. Wali także błędy, których powstydziłby się uczeń podstawówki, np. myli liczby 18 i 80, każe Belli gruchać miast chrypieć, a na fali inwencji własnej w usta bohaterki wkłada bzdety o cudach wyczynianych z rzęsami, choć jako żywo po angielsku we właściwym zdaniu po rzęsach i cudach nie ma śladu ni popiołu. Podnieconemu Edwardowi  nakazuje przemawiać niskim, męskim głosem - zaiste, gdyby robił to wysokim i żeńskim należałoby to jakoś uzasadnić, mimo, że chyba lepiej pasowałoby to do jego wybrokaconej aparycji. W oryginale jednak i tak robi co innego. Lista błędów i przeinaczeń to zresztą materiał na książeczkę, a nie na skromną notkę. To Tłumoczce zawdzięczamy większość idiotyzmów na poziomie językowym oraz niechlujny miejscami styl, żywcem zapożyczony z opowieści dziwnej treści, tworzonych namiętnie przez blogerki w bólach przepychające się przez gimnazjum.

  Uważniejszy czytelnik zdziwił się zapewne, gdzie się podział zapowiadany sarkazm Belci i jakich to niedzisiejszych wyrażeń używał Edzio - i słusznie się dziwił, albowiem tłumoczka uprawia językową urawniłowkę i rozjechała je walcem. Można się zastanawiać, czy wzmiankę o Tchórzliwym Lwie, pochodzącą z Czarnoksiężnika z krainy Oz, tłumoczka wywaliła w trosce o wrażliwą korę mózgową czytelniczek, czy też sama jej nie zrozumiała - jednak po osobie, która nie odróżnia liczebników mogę się spodziewać tylko tego drugiego.

  Oryginalny tekst jest jednak znacznie lżej strawny, może nie tyle mądrzejszy, ile mniej głupi. Ogólnie rzecz biorąc pani Urban mogłaby podać rękę panu Łozińskiemu i jego wyskakującym na gwizd krzatom tudzież maszomom wraz z Gorzawiną, Sępną Puszczą i hasającym Nazgulem.

  W obliczu wad pytanie, czy dzieło to ma w ogóle jakieś zalety, wydaje się zbędne. A otóż ma.

  Po pierwsze, jest solidną dawką niezamierzonej rozrywki, przy lekturze ubawiłam się po pachy. Po drugie, zrobiło szaloną karierę, za czytanie wzięły się nawet panny oczu swych nie kalające słowem pisanym, a ja wychodzę z założenia, że lepiej czytać książki złe niż żadne. Po trzecie, główna bohaterka lubi czytać, więc może któraś z wielbicielek w obłędzie naśladownictwa nie ograniczy się do przemalowania się na blado i obsypania brokatem, ale także weźmie do ręki ulubione lektury Belli i chociaż spróbuje przejrzeć Brontë, Austen i Szekspira. Pełne politowania pukanie w czółko można sobie odpuścić - nadzieja, nie dość, że matką głupich, to jeszcze umiera ostatnia.



18:30, a.tupecik
Link Komentarze (2) »
sobota, 07 maja 2011

No i wreszcie notka aktualna, od której zaczęła się kołomyja z przeprowadzką. 

Właściwie to miał być mail, ale równie dobrze może wisieć tu.

Tłumaczę sobie, że to przez zawirowania pogodowe. Śnieg w maju jest nienormalny. Dzień idioty, który nastąpił w kolejnej dobie, też. Mało spektakularny, acz denerwujący. Jak go wykorzystać:

 

  • Spróbować załatwić urzędową sprawę z papierem w garści. Po przybyciu na miejsce dowiedzieć się, że przybycie i papier były zbędne. Wybąkać coś o problemach z dostępem do netu, przywołać na usta uśmiech nr 5 i pójść w cholerę. Na szczęście było blisko.

  • Zrobić zakupy. Po powrocie do domu odkryć, że zapomniało się kupić mleko, a elegancko opakowany w woreczek seler się został albo na półce z selerami, albo przy kasie. Rachunek się zdematerializował, los selera nieznany. (Następnego dnia odnaleźć rachunek i stwierdzić, że seler musiał zostać przy kasie. Jak przeoczono przy pakowaniu gałę jak dwie pięści - nie wiadomo)

  • Zaparzyć herbatę razem z własnym palcem.

  • Podczas zmywania naczyń stłuc szklankę z limitowanej edycji.

  • Podczas gotowania obiadu wykonać szereg czynności niezaplanowanych w stylu rozsypania pokrojonej cebuli, upuszczenia noża, rozlania wody itd.

  • Próbując postawić obiad na stole przewrócić butelkę z piwem. Otwartą. Sprzątnąć piwo. Obiad spożyć w piwnych oparach. Pocieszające jest to, że albo odorek szybko wietrzeje, albo człowiek szybko się przystosowuje.

  • Nie zaniedbać żadnej okazji, żeby o coś się potknąć, coś upuścić, na czymś się pośliznąć i coś rozdeptać.

  • Podczas mycia zębów wymierzyć sobie precyzyjny cios szczoteczką w dziąsło.

  • Szukać kolacji na półce, na której nie ma nic jadalnego. Wmawiać sobie, że to przez zamyślenie.

  • Odstawiając czajnik walnąć nim w filiżankę.

  • Pójść do sklepu po zapomniane rzeczy.

  • ...w tym celu skorzystać z bankomatu. Po włożeniu karty gapić się na rzeczony bankomat baranim wzrokiem, ponieważ zapomniało się PINu. Do regularnie używanej karty.

  • Wbić niewłaściwy PIN. Wyjąć kartę. Myśleć strasznie, która próba zablokuje konto. Zaryzykować. Z namaszczeniem wbić właściwy PIN. Wyjąć pieniądze.

  • Dokonać zakupów. Mleka oczywiście nie kupić.

  • Uzyskać z kochających ust informację: „Wiesz, czasami lepiej trzymać się od ciebie z daleka. Bywasz niebezpieczna”.

  • Podczas przemieszczania się po domu mimowolnie wykonać straszliwy bałagan.

  • Dostać wreszcie bólu głowy i przestać się przemieszczać.

  • Pogratulować sobie, że nikogo się nie uszkodziło.

  • Na wszelki wypadek już niczego nie zmywać...

     

11:24, a.tupecik
Link Dodaj komentarz »

Jakiś czas temu dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak Saga Zmierzchu. Książki kupuję zwykle w necie, więc okładki przeoczyłam, zapowiedź na filmwebie już w pierwszych dwóch zdaniach głosiła, iż jest to romans nastolatków, więc zignorowałam. Po czym okazało się, że przeoczyłam jakoweś niesłychane wydarzenie literackie, od którego świat oszalał. 

Cóż było robić, należało sprawdzić. Zaopatrzyłam się w dzieło, dwa tomy udało mi się przeczytać, z sarkastycznym rechotem i ubawem po pachy. Trzeci i czwarty mnie przerosły, zdałam się na streszczenie na wikipedii i błogosławioną dwójcę Ctrl F. 
Jest to dzieuo zaiste niezwykłej urody, a szaleństwa Ałtorki wspomagane są wysiłkami Tłumoczki. 

I jakiż to Olśniewający Blask Oczywistej Prawdy spłynął na mój zachwycony umysł?

Wampir nie potrzebuje powietrza, ale nie wiedzieć czemu, jak się podnieci, to strasznie sapie.

Człowiek ma miękkie rzepki kolanowe - jeden z bohaterów klepie zwampirzoną Bellę po kolanku, nie bacząc, iż jest ono twarde. A ja naiwnie myślałam, że ludzkie stawy kolanowe takie właśnie są. Macam swoje, ale widocznie ciągle popełniam ten sam błąd poznawczy. Zwampirzenia u siebie nie stwierdzam.

Pick-up to jest to samo co furgonetka. Bryczka Belli jest raz tym, raz tym. Jak dla mnie, równie łatwo można wziąć kota za prosiaka, ale to był mój prywatny, spaczony pogląd.

W stanie Waszyngton w styczniu jest cieplutko. W sam raz na kolację na dworze.
Długość futra wilkołaka odpowiada długości włosów tegoż w ludzkiej postaci. Jacob zapuszcza włosy, więc jako wilk jest bardziej kudłaty. Pogląd ten przyprawił mnie o wielką radość, albowiem w momencie pierwszej przemiany osobnik ten miał długie włosy. Ponoć był wielce przerażony, kiedy się przeobraził. Nie dziwię się. Też bym się przeraziła, widząc się w postaci przerośniętego yorka względnie shih-tzu, potykającego się o własną sierść. Jednakże o prawdziwe szczęście przyprawiła mnie błyskawiczna wizja przemiany rastafarianina. Wypisz wymaluj komondor.  

Puma waży lekko licząc 200 kilo i potrafi ryczeć. Dotychczas żyłam w przekonaniu, że puma północnoamerykańska waży przeciętnie 50-70 kg, a ryczeć potrafią tylko lew, lampart, tygrys i jaguar. Jakaż niedokształcona byłam.

W Amazonii żyją pantery. Bohaterowie zamierzają na nie w tym rejonie polować. Sztuka jest wykonalna, mogą zapolować w zoo albo puścić sobie "Księgę dżungli" i poskakać na ekran, bo w Ameryce Południowej panter na wolności nie ma i nigdy nie było. Z równym powodzeniem można planować polowanie na kangury, tak samo żyją w Amazonii, w kuprach mają niuanse taksonomii i nie odróżniają angielskiego od łaciny.

Wampirowi od zapachu krwi rozum się wyłącza, od czego popada w szał żerowania. Doprawdy nie wiem, jak udaje się im wytrzymać w szkole, między miesiączkującymi dziewczynami, skoro wiadomo, że bynajmniej nie każda i nie zawsze używa tamponów. Żeby było ciekawiej, takowy wampirzy osobnik wynosi się z klasy, w której mają być ustalane grupy krwi, a nie ma problemu, żeby wleźć na urazówkę i stać obok kolesia z pociętą facjatą.

Bellissima pachnie cudownie, jakby kwiatowo, tylko żreć. Zupełnie, jakby wąpierz zakąszał swój krwawy posiłek lawendą z rabatki.

Wampir popada także w szał kopulacji. Przepis na udany seks wg pani Meyer - dostać bęcki od Człowieka-Mrożonki, podczas gdy ten przegryza poduszki i sieje pierzem. Obudzić się z siniakami wszędzie i podbitym okiem. Być tym faktem dogłębnie zachwyconą. 

Wampir może pracować w szpitalu jako ceniony chirurg. 
"Dzień dobry, nazywam się Carlisle Cullen, studiuję medycynę od jakichś dwustu lat, oto mój lewy dyplom. W dni pogodne nie praktykuję". 

Jeśli dzień jest pochmurny, to jest pochmurny na amen. Dziura w chmurach, przypadkowy promień słońca - wykluczone. Film uczy przy tym, że na szczycie górek zachmurzenie nie jest przewidziane.

Satyna, jak każda tkanina, ma właściwy tylko sobie zapach. Ja rozumiem, że dla superczułych zmysłów inaczej może pachnieć len, a inaczej jedwab, ale satyna to  SPLOT. To tak, jakby założyć, że sweterek z tej samej włóczki zrobiony szydełkiem waniajet inaczej, niż ten wykonany na drutach.

Nowonarodzony wampir ma czerwone oczka, aliści potem zmieniają kolor, może być dwojako - szamie taki ludzi i dalej ma czerwone, albo szamie zwierzątka i ma żółte. Po czym beztrosko stwierdzono, że dieta zwierzęca tłumi odcień szybciej niż ludzka. Hm - ludzikowa znaczy tłumi z czerwonego na czerwony, nic, ino brawo bić, a żywo.

Wampir ma w dupce małą, zgrabną lodóweczkę. Jest on bowiem cięgiem lodowato zimny. Fizyka uczy, że jak coś nie wytwarza własnej temperatury, to na ogół z różnym powodzeniem przyjmuje temperaturę otoczenia. Ale nie wampir. Ten temperaturę zgubił w biegu razem z tarciem, zasadą zachowania materii i energii oraz resztą ludzkich bzdur.  

Wysoce podejrzany jest zwyczaj wzajemnego obwąchiwania. Boski Eduardo obwąchuje swoją bogdankę. Ona obwąchuje jego. W kółko jest mowa o tym, jak też ona pięknie wonieje i jak wspaniale pachną wampiry. Bellissima, witając się z dawno nie widzianą przyjaciółką-wampirzycą, wśród szlochów tarza się jej po gorsie i namiętnie wącha. Opisy wzajemnego obwąchiwania są tak częste i sugestywne, że podejrzewam panią Meyer o ozolagnię. Innego wytłumaczenia nie widzę. 

 Dla odmiany dla wampira wilkołak śmierdzi i vice versa. Bella staje się więc małym poletkiem, na którym odbywa się wojna na odory. Jak jeden ją obchucha, to drugi się poociera, żeby rywalowi śmierdziało. Z dużym zainteresowaniem sprawdziłam, czy któryś jej w końcu nie obsiusia, ostatecznie znacząc teren, ale nie. 

Przy zapachach w ogóle popełnia się zbiorowy gwałt na zdrowym rozsądku. Możemy się dowiedzieć na ten przykład, że świeżo zbudzona wąpierzyca porównuje zapach swych pobratymców m.in. z jedzeniem, aliści kilkanaście stron później stwierdza z dysgustem, że żarcie niemożebnie śmierdzi. 

Dowiedziałam się też, że wampiry nie posiadają żadnych płynów ustrojowych. Ino jad. Bardzo łatwopalny. Chyba wybiórczo, bo od świec ani kominka nikt się nie zajął. Tenże jad ma sprawiać, że supertwarde komórki wampirzego cielska są nawiżane, smarowane, czy co tam durnego jeszcze, dzięki czemu stwór się rusza. A ten jad to taki żrący, panie, że szkła kontaktowe to w parę godzin, panie, rozpuści. Wampirza sperma też jadowita, ale nie tak, jak - tadam! - ślina (Info prosto od pani Meyer). Jak się śliną, panie, rankę potraktuje, to łohoho, co się dzieje, boli, pali i się zwampirza. I zostaje już tylko wyssanie owego jadu z krwi ofiary. Paszczą, w której chyba jad dostał cofki i wybył chwilowo. Najlepsze jest to, że ten jakże żrący jad nic a nic nie działa na ludzkie błony śluzowe, bo dziewczę całowało się wampirem aż do wprawienia się w stan przedzawałowy, oraz uprawiało brutalny seks. Nie chcę doprawdy wiedzieć, czy, jak, skąd i którędy on jej coś potem wysysał. 

Opis ciąży głównej bohaterki wywołał u mnie osłupienie. Po pierwsze, żeby ciąża przebiegała w takim tempie, pani Cullenowa musiałaby mieć gumową macicę, mięśnie i wszelakie powłoki brzucha, w tym skórę, bo żaden w ludzkich organów nie jest zdolny rozciągać się  tak szybko. Powinny zwyczajnie się rozerwać. A ona, skubana, nawet marnego rozstępu nie miała.  Po drugie, pijała ona krew, bo rzekomo płód się domagał. Takie rzeczy jak trawienie spożytego pokarmu i bariera łożyskowa nie istnieją. Co więcej, krew Belci smakowała, wniosek z tego, że dzieciątko też to lubi. Pamiętajcie o tym przyszłe matki, gdy będziecie pojadać marynowane grzybki. Po trzecie, ludzko-wampirza hybryda już w maciczce nieźle rozumuje i uwielbia mamusię, zapewne z wielkiej miłości darząc ją od czasu do czasu kopniaczkiem łamiącym już to żebro, już to miedniczkę. Najgłupsze jest to, że łożysko przypomina wampirze tkanki, które, jak wiemy z książki, nie są wstanie się zmieniać, tj. rozciągać i odkształcać, tylko łożysku się pewnie zapomniało. Jest przy tym kamiennie twarde, co Belcia stwierdziła metodą macaną. Oraz jest nieprzenikalne ogólnie. To ja się pytam, skoro to taki pancernik Potiomkin, jak ona czuje w ogóle przez nie te kopniaczki? Przy tak zwanym cesarskim natomiast dziecię wygryza się na świat Boży od wewnątrz, tatuś wgryza się od zewnątrz i tak mamunia dalej poradza miło i przyjemnie.

Resztę ludzko-nieludzkiej fizjologii i genetyki pominę miłosiernym milczeniem, albowiem obie one, dosiadłszy logiki, kwicząc oddaliły się kurcgalopkiem w stronę zachodzącego słońca, z obłąkanym chichotem spluwając jadem i okładając się po głowach dodatkowym chromosomem.

To tylko niektóre z popisów. Ale muszę Was zmartwić, umiłowani. To jeszcze nie koniec. Nad bohaterami poznęcamy się innym razem.

 

Kobieta to jest taka dziwna stwora, która zmienną jest. Co w praktyce oznacza, że czasem znienacka zechce sobie zmienić aparycję. Między innymi, ale resztą (dietą, samochodem, zawodem, gustem, mężem czy adresem) chwilowo się nie zajmujemy. A to ostrzyże taka uwłosienie głowowe w nieprzewidziany sposób, a to nogi odkryje po szyję a dekolt po pępek, a to wręcz przeciwnie, zakuta się w sari albo inny habit, obwiesiwszy biżuterią pseudoartystyczną i szalem własnego wyrobu. Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy się przyzwyczailiście.


Do zmian osiągalnych stosunkowo łatwo należy kolor wspomnianego uwłosienia głowowego. W tym celu idzie się albo do fryzjera, albo do sklepu po farbę. 

I tu się zaczyna robić wesoło. 

Z farbą na dwoje babka wróżyła: kolor wyjdzie, albo nie wyjdzie. 

Moja zawsze piękna i młoda siostra we wczesnych latach osiemdziesiątych zapragnęła uzyskać na głowie jakiś tam odcień, nie pamiętam jaki, a o tej porze na pewno nie zadzwonię z pytaniem. Farbę nabyła i na tym sukcesy się skończyły. Uzyskała fryz w kolorze banana. Z rozpaczy chodziła potem w żółtych ciuchach pod kolor. (Nieeeee, nie zerżnęłam tego z Chmielewskiej, doskonale to pamiętam i działo się to znacznie wcześniej niż "Autobiografia" wyszła.)

Jej koleżanka w tym samym okresie z braku kosmetyków wykonała płukankę z... atramentu. Założyła romantyczną białą bluzkę i powędrowała na randkę. Po czym oczywiście spadł deszcz. Reszta jest milczeniem.

Jedna koleżanka, chcąc uzyskać kasztan, otrzymała dziką pomarańczę.
Druga koleżanka, miast popielatego blondu, miała szarawą zgrozę.
Trzecia koleżanka zapragnęła rozjaśnić włosy. Uzyskała przerażająco jadowitego kurczaka wielkanocnego i w panice wysyłała ciotkę po jakąś farbę, żeby móc wyjść do ludzi.

Ja sama ufarbowałam sobie czubek głowy na kolor wściekłego pomidora, ponieważ jakaś zaraza pomieszała tubki. Na opakowaniu był inny numer niż na zawartości, co stwierdziłam z przerażeniem, obserwując wykwit dzikiej czerwieni powyżej czoła. Męczyzna litosiernie stwierdził, że może i trochę dziwnie, ale mu się podoba i żebym zostawiła, a już byłam gotowa popylać w chustce do sklepu. 

Koleżanka od kurczęcia osiągnęła także kolor gnijących wodorostów. Wreszcie powierzyła się w ręce fryzjera, przefarbowała normalniej i opitoliła na krótko, bardzo twarzowo zresztą.

Moja zawsze piękna i młoda siostra z karminu wykonanego przez fryzjera po kilku myciach uzyskała spraną wiewiórę.

Farbowanie to jest coś, co lepiej robić w towarzystwie, ponieważ nie mamy oczu na wysięgnikach. I tak:

Ktoś, nie powiem kto, żeby kopa nie oberwać, pojechał do pracy z czarną pianą w uchu. 
Ja wyprodukowałam sobie nadprogramowy pieprzyk, jednocześnie usiłując twardo zmyć z ucha prawdziwy. Poza tym udało mi się przedziurawić rękawiczkę i zostać z bardzo ciemnym burosinym paznokciem lewej ręki, dzięki czemu przez następne dwa tygodnie miałam elegancki manicure, żeby nie wyglądać jak ofiara młotka.
Koleżanka ze studiów pojawiła się kiedyś na zajęciach z kaskiem ufarbowanej skóry. Bardzo dokładnie było widać, gdzie nakładała farbę, skóra na głowie złapała mahoniowy kolorek idealnie.
Ja sama poszłam na wykład z chustą na głowie, żeby nie razić społeczeństwa widokiem tragicznie sinych uszu.

O pomalowanych łokciach i szyjach nawet nie wspomnę.

Szczytem osiągnięć w tej dziedzinie jest Psiapsiółka, która pofarbowała sobie facjatę. Z farbą miała do czynienia pierwszy raz w życiu i nie przewidziała, że cholerstwo oprócz włosów łapie także skórę. Nałożyła niefrasobliwie kosmetyk, po czym zadzwoniła do mnie w panice z pytaniem, jak się zmywa farbę z twarzy. Ogłuszona odpowiedziałam, że niestety nijak (swego czasu wypróbowałyśmy z zawsze piękną i młodą siostrą mydło, szampon, odżywkę, tłusty krem, spirytus, wodę utlenioną, sok z cytryny, zmywacz do paznokci, benzynę ekstrakcyjną i rozpuszczalnik). Psiapsióła niezrażona powędrowała na koncert z tatuażem z burych zacieków, jako jednostka aspołeczna cudzą opinię mając gdzieś.

Wie ktoś, jak w razie czego zmyć tę cholerną farbę? Jeśli tak, to niech da znać. Co prawda przy pierwszym farbowaniu udało mi się pomalować w czerwone wzorki wannę, piecyk gazowy oraz podłogę, a przy ostatnim zrobiłam tylko niewielkiego kleksa na umywalce, więc ku lepszemu idzie. Oczy jednakże uparcie mam tylko z przodu, a drogi wyłażącej z buteleczki farby do włosów są podstępne i niezbadane.

Ktoś tam brącha, że lepiej w ogóle nie farbować, naturalność i te sprawy niech żyją? A co mnie to? Ja też jestem aspołeczna.

 

Odcinek dzisiejszy sponsorują literki H jak Haukun, P jak Pies Ci Mordę Lizał oraz D jak Dupa Zza Krzaka.

Jak łatwo zgadnąć, rzecz o psach będzie. Część pierwsza opiewa psy w domu mej zawsze pięknej i młodej siostry.

1. Gaja
Dawno, dawno temu małoletni potomek mej zawsze pięknej i młodej siostry zgłosił chęć posiadania pieska. Rodzice przychylili się do prośby dziecięcia, uzgodnili jednakże, że najlepiej będzie przygarnąć psinkę ze schroniska. Potomek z rodzicem pojechali zatem do tego przybytku, pragnąc przywieźć rasowego psa. Wrócili z kundlem suką. Siedziało toto ponoć w klatce, na wylewce betonowej, ostatnie z miotu (reszta poszła już do dobrych ludzi) i wyglądało, jak (cytuję) "bida z mokrą dupą". Mokrą, bo beton suchy nie był. Co mieli zrobić, zabrali. 

Zawiadomiona telefonicznie o nowym domowniku, wysuszonym, odrobaczonym i zaszczepionym, pojechałam ową bidę zobaczyć. Działo się to w czasach, kiedy potomek mej zawsze pięknej i młodej siostry kończył etap zabawek pluszowych i w mieszkaniu wciąż znajdowała się owych przytulanek pewna ilość. Weszłam, przywitałam się, zażądałam zademonstrowania psa, wskazano mi parę zabawek w kącie. Popatrzyłam baranim wzrokiem, nie pojmując, po cholerę pokazują mi psy pluszowe, skoro ja chcę zobaczyć żywego. Po chwili jednakże jeden mrugnął oczami i wyszło na jaw, że prześliczna zabaweczka to jest właśnie wspomniana bida. 

Bida dostała imię Gaja. Pierwotnie miała być Kora, ale okazało się, że co trzecia suka na osiedlu tak się wabi, więc zamysł zdechł od razu. Z pluszowej zabawki przeobraziła się w nader urodziwą damę, rudą z płowym podwoziem, o lśniącej, długiej sierści, jedwabistych uszach i mimo nikczemnego wzrostu, noszącą się dumnie niczym Achilles w swym hełmie wiejącym kitami, chociaż suce wiało zgoła co innego i gdzie indziej. Notorycznie pytani o rasę właściciele najpierw mówili uczciwie, że kundel, ale wobec prezentowanej niewiary zaczepiających, rychło zaczęli informować uprzejmie, że jest to szpic tasmański. Tasmański dlatego, że w chwilach radości sunia przypominała diabła tasmańskiego, a szpic, bo dlaczego nie.

O samej Gai wyszłaby epopeja, nie będziemy zatem opisywać, jak Gaja gwałciła kocyk, względnie jak rano czaiła się na kołdrze, z napięciem wyczekując, aż śpiąca osoba otworzy oko, po czym natychmiast osoba owa miała uszczęśliwionego psa na głowie; jak pożarła buty, długopis i szminki pańci oraz pieczonego kurczaka całej rodziny i różnych innych uciech. Skupimy się na jednym punkcie Gajowej osobowości. 
Otóż była to dama. Łagodna i bardzo miła, a także lubiąca perfumy. Namiętność do perfum raz na zawsze udowodniła, że psu kąpiel nie szkodzi. 
Z wielkiej księgi perfum przytoczę kilka zaledwie, osoby o słabych nerwach i wybujałej wyobraźni niechaj poniższy fragment pominą:
Psianel No.1 - zdechła dawno przynęta na ryby w postaci robali w worku foliowym, porzucona w lasku. 
Psianel No.2 - zgniła marchweka-prawdopodobnie-gotowana.
Psianel No.3 - bardzo wiekowy jogurt.
Psianel No.4 - zdechła wrona.
Apogeum nastąpiło przy Psianel No. 5. Rodzice z dziecięciem i suką wybrali się samochodem nad jeziorko. Zachwycona Gaja bawiła się w piaseczku i przybrzeżnych falkach, dzieć z rodzicem czynili jakieś szaleństwa na materacu, zawsze  piękna i młoda siostra pławiła się w kąpieli słonecznej, słowem - sielanka. Suczka gdzieś odbiegła, rodzinka skompletowała się na brzegu, oczka przymknęli, ciała do słońca wystawili, w błogie rozleniwienie zapadli, a potem poczuli. Najpierw delikatny, potem narastający, wreszcie morderczy aromat. Źródłem okazała się bardzo dumna i zadowolona z siebie suka, woniejąca Psianel No. 5. Którym była ryba, od dłuższego czasu nieboszczka. 
Jak łatwo zgadnąć, panika ich nie miała granic. Pranie psa w wodzie jeziornej dla odmiany nie miało skutków. Wracali do domu w rozrywkowy sposób, mianowicie matka z dzieckiem wystawiali głowy przez okna pojazdu, a siedzący za kierownicą ojciec całą drogę bardzo głośno i bez przerwy używał słów powszechnie uważanych za nieprzyzwoite i obelżywe oraz odgrażał się womitem. 

Psianel No.5 poddało się dopiero po trzech tygodniach kąpieli porannych i wieczornych. I tym sposobem udowodniono, że kąpanie psu krzywdy nie robi.

2. Porky vel Borys
Do domu mej zawsze pięknej i młodej siostry zawitał na niedługi czas kilkutygodniowy amstaff, którego pierwotny właściciel z jakichś przyczyn musiał się pozbyć w trybie natychmiastowym. Piesek został wzięty na przechowanie i obiecano, że na pewno znajdzie się dla niego dobry dom. Chociaż posiadał jakiś strasznie długi rodowód, obudził skojarzenie z prosiakiem ze znanej kreskówki i dzięki temu uzyskał imię przechodnie. Szalał po mieszkaniu przez czas jakiś, aż do wizyty jednej z przyjaciółek mej itd. siostry. Przyjaciółce podarł rajstopy, podrapał nogi, podbił serce i tak zyskał nową panią oraz szlachetne imię Borys. Wyrósł na potężne bydlę, które w jednej tylko sytuacji okazywało daleko posuniętą wstydliwość. Otóż, gdy Borys wykonywał kupkę, czuł wielką potrzebę intymności i izolacji. Chował się w krzaki, przy czym wystarczało, aby w krzakach znalazł się łeb, reszta wystawała. Wówczas dopiero Borys doznawał ulgi, głęboko przekonany, że nikt go nie widzi.

3. Hexa
Podobno najlepszym sposobem na żal po zwierzęciu jest drugie zwierzę, więc kiedy Gaja przeniosła się do psiego raju, dziecię z tatusiem w niedługim czasie przywlekli kolejną sukę. Bynajmniej nie zachwycona ma zawsze piękna i młoda siostra określała ją przez jakiś czas mianem Pikusia, bowiem to jakże wdzięczne imię nosił najpaskudniejszy pies na osiedlu, pokraka doskonała. Imię właściwe podsunęłam, kiedy nie umiejący jeszcze dobrze łazić szczeniak wspaniale demonstrował naszemu psu wszystkie zęby.  Pisownia mnie nie interesowała, pańcie twierdzą, że przez "x".
Hexa jest dość podobna do przedstawicieli rasy Cão Fila de São Miguel, przy czym jej kundle koneksje dały efekt dodatkowy, w postaci pięknej sylwetki na smukłych łapach, a także wielkiej szybkości, siły i sprężystości. Oraz uśmiechu psiego po same oczy. Obecnie po eleganckiej talii ślad zaginął, bo pańcio sukę upasł. 

Hexa nikogo w życiu swym nie ukąsiła i nawet nie próbowała, acz wyrazem twarzy i nieufnością zdecydowanie zniechęca do bliższych kontaktów. Dlatego ma drugie imię - Szczerzuja, przy czym "rz" piszę świadomie, bo od szczerzenia się wywodzi, a nie małża. Bywa też określana mianem hieny. Rodzina, w tym ja, jest za to na powitanie obskakiwana, wylizywana i ogólnie maltretowana napadami psiej radości. W ogóle jest to bydlę niezrównoważone. Do dużo większych psów startowała z kompletem uzębienia. Na widok mikroskopijnego ratlerka zamarła, zrobiła oczy jak pięć złotych i rzuciła do panicznej ucieczki. Zwiała przed żabą. Czy to jest normalne, pytam ja się retorycznie?

Dnia pewnego letniego wybrałam się do mej pięknej etc. siostry. Byłam już niedaleko, kiedy ujrzałam są siostrzycę na leniwym spacerze z psem, elegancko zestrojoną w czarne klapki i takąż przewiewną, wąską i długą sukienkę, zdobną w gustowną srebrną biżuterię (znaczy, siostra była zdobna, nie kiecka), ze smyczą nonszalancko oplątaną wokół nadgarstka i w ogóle ą, ę. Suka przy trawniczku z żywopłotem sunęła niespiesznie, flegmatycznie przyglądając się światu. Po czym nagle wyprysnęła jak w bok jak wystrzelona z procy, ujrzawszy coś niesłychanie interesującego wśród trawki. I tak ujrzałam, jak na drugim końcu smyczy, moja elegancka siostra z niecenzuralnym okrzykiem na ustach, w podkasanej kiecy i z latającym klapkiem, sadzi żabimi susami przez krzaki.
Ze śmiechu się popłakałam, nie utrzymałam się na nogach, padłam bezwładnie tyłkiem na chodnik i udało mi się wstać dopiero po paru minutach. Chwała Bogu, że siostrzyca zdążyła jakimś cudem tę kiecę złapać w garść, bo chyba pokonałaby te krzaki tak zwanym szczupakiem. Heksia wystartowała z mocą bolidu F1 i czterdzieści parę kilo pańci umknęło jej uwadze. Jest to dowód, że nie powinno się oplątywać smyczy wokół nadgarstka, co nie znaczy, że sama nie mam podobnie głupiego numeru na koncie, o tym jednak kiedy indziej.

Kilka lat po opisanych wypadkach właściciele Hexy wyprowadzili się do domku na wsi. Suce nowa posiadłość bardzo się spodobała i na dzień dobry poustawiała okoliczne psy. Dwa sporawsze przybyły na gościnne występy na jej teren, w dodatku zaczęły się gryźć, Heksia pomknęła ku nim z powitalnym uśmiechem po same dziąsła i po chwili jeden uciekał skowycząc, a drugi kulejąc, gospodyni natomiast, ogromnie z siebie zadowolona, zawróciła kłusikiem do domu.

Obecność współlokatorki w postaci Koty Hexa przyjęła spokojnie, podobnie potraktowała nowego, psiego kumpla.

4. Kazik
...vel Kazimierz Serdel, czyli nowy, psi kumpel, który przyplątał się przypadkiem. Kazik, bo z nieznanych przyczyn na to imię reagował, a Serdel, bo na wstępie został obdarzony serdelkiem i to podbiło jego serce. Kazik był miernej postury, a kundle koneksje wołały w nim wielkim głosem. Miał łapki przednie po wybitnie niskopodwoziowym jamniku, tylne po nie wiadomo kim, ale z pewnością po kimś wyższym. Ponoć przy objawach radości mało mu się ogon nie urywał razem z tyłkiem. Zakamieniały onanista, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Wolny duch, łaził gdzie chciał, pewnego dnia znikł i już się nie odnalazł. Jego miejsce zajął pierwszorzędny bęcwał, czyli 

5. Baton
... mieszaniec owczarka kaukaskiego, ten sam, który przy omawianiu Koty wyłaził przez okno. Najpierw nadano mu imię zupełnie inne, obecne zyskał cokolwiek haniebną drogą, wywodzi się bowiem od... jakby to określić... dowodów na potężny przerób swego przewodu pokarmowego. To, co obficie zostawiał w okolicy domu przymusowi zbieracze określali mianem  batonów. Wychodzi więc na to, że biedny pies właściwie nazywa się PsiaKupa...

Baton jest psem stróżującym, o czym powiadamia wszystkich bardzo głośno. Po prostu jest namiętnym obszczekiwaczem. Szczeka do tak zwanego telewizora, czyli okna, wychodzącego na drogę. Obszczekuje przechodniów i wszelaką żywinę. Kiedy w domu poprawiano dach, szczekał na robotników. Przez całe dniówki. Szczekał tak długo, aż ochrypł. Tylko patrzeć, aż mimo miłości, którą psy swe obdarza, moja zawsze piękna i młoda siostra w końcu oberżnie mu ten pusty pogański łeb, a i tak przypuszczam, że będzie szczekał.  

Dla domowników Baton ponoć jest kochanym stworzeniem. Pcha łeb gdzie może. Uwala się pod nogami, co ma szczególny wdzięk w maleńkiej kuchni, kiedy na przykład się coś w pośpiechu smaży. Zastawia lodówkę. Włazi na łóżko. Brudzi łapska i wszystko depcze. I kłaczy się niemożebnie. 
Po wymianie okna Baton wyjście ma nieco utrudnione. Aktualne prognozy są takie, że w końcu wyjdzie razem z oknem. 

Była jeszcze suczka-znajdka, Doksa, chora i niestety nie udało się jej uratować. Z ostatniej chwili - dołączył do stada wigilijny gość, poraniona owczarkowata suczka, przejściowo określana mianem Ta Mała. 

Nie wiem co w tym jest, ale inwentarz osób wyprowadzających się z miasta mnoży się w podejrzanym tempie. Rodzina mej zawsze pięknej i młodej siostry zaczynała z psem, obecnie mają trzy psy i kota. Psiapsióła wyjeżdżała z rybkami i jednym psem, ma rybki, trzy psy, dwa konie i kozę. Gdyby nie sprzedała, koni miałaby chyba cztery, a były jeszcze i koty, ale przegonił je jeden z psów. Któraś z opisanych rodzin ma gdzieś jakąś mysz, ale mnie się już w tym melanżu potaraniło ździebko, zwłaszcza, że mam niejasne wrażenie, jakoby komuś proponowano jeszcze i świnię. Świni nie chciano. Właściciel myszy niech sam się przyzna.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Trup na onecie